czwartek, 11 lipca 2019

Za co trochę lubię Nietzschego

Oczywiście "Zaratustrę" czytałem, choć w większości to mam wrażenie grafomania. Ale nie ta książka (dokładnie "Tako rzecze Zaratustra") spowodowała, że nabrałem szacunku do Fryderyka.
Piękny esej dotyczący filistrów niemieckich raczej. Generalnie eseje Nietzschego jakoś bardziej do mnie przemawiają, niż regularne lektury. Między wierszami dużo więcej można wyczytać, niż wprost.
Zwłaszcza jedno piękne stwierdzenie zapadło mi w pamięć. Czym różni się filozof od filistra? Filister ma przekonanie, że prawda jest już wiadoma, że kultura masowa odkryła już dostatecznie wiele rzeczywistości, by móc budować na tym fundamencie właściwy światopogląd.
To właśnie dotknęło Niemcy. Uznano wykwity ducha niemieckiego (Goethe, Nietzsche, Fichte, Hegel, Schopenhauer, Kant itd.) za prawdę ostateczną. Więcej już nie ma. I Niemcy w swojej kulturze zdobyli szczyty możliwości poznawczych. Hitler podpisał tylko ten fakt, to urojenie swoim imieniem i nazwiskiem.
A jednak sam Nietzsche był głęboko świadomy iluzji filozofii niemieckiej, jej megalomanii. Wiedział, że nic nie wie, w każdym razie takie odniosłem wrażenie z jego eseju, który bardzo lubię.
Odróżnił filistra od filozofa - filister to taki współczesny sofista. Nie szuka już prawdy - przecież fizyka, chemia, biologia i inne nauki dostarczają jej bez wątpienia dostatecznie wiele, by na tym gruncie ogłosić odkrycie kamienia filozoficznego, by zatrzymać jego wykopaliska na każdym planie życiowym - od sztuki, przez naukę, po religię.
Inaczej czyta się "Zaratustrę", gdy łączymy go z "wiem, że nic nie wiem" Sokratesa i, mam nadzieję, Nietzschego. "Nadczłowiek" Nietzschego jest wtedy figurą retoryczną, a nie pragmatycznym ideałem, który można interpretować dowolnie, co zrobił Hitler, jeden z największych i najokrutniejszych filistrów w dziejach ludzkości.
Do "Nadczłowieka" mamy dystans i widzimy go w przyjaznym świetle. Jest on symbolem poszukującego prawdy filozofa, a nie filistra-sofisty, występującego w przebraniu księdza, naukowca czy profesora filozofii akademickiej, który mówi "wiem, że wiem".
Sądzimy, że kultura (lekarz, ksiądz, inny autorytet) wiedzą czym jest rzeczywistość, że wszyscy razem składają nam przed oczami pełny, kompletny obraz bytu. Tak też pojmowało się Nietzschego, jego "Nadczłowiek" to dojrzały owoc, to kres, to swoisty niemiecki budda. Z esejów wybija coś innego, chyba że coś przeoczyłem albo Fryderyk sam sobie zaprzecza. Skłaniam się jednak do tezy, że Nietzsche, podobnie jak Platon nie dzielił się swoimi przekonaniami, nie głosił - jak Arystoteles - super mocnych twierdzeń o rzeczywistości, lecz wypowiadał się przez poezję, figury retoryczne, szkice, supozycje, intuicje i symbole.
Te jego znaki nie pokazują gdzie znaleźć prawdę, ale gdzie nie można jej znaleźć, czyli gdzie nie ma sensu jej szukać - wszędzie tam, gdzie krzyczy się "znamy prawdę!", czyli zwłaszcza w chrześcijaństwie.
Jedno z jego największych dzieł nie bez kozery nosi tytuł "Antychrześcijanin. Przekleństwo chrześcijaństwa".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz